Życie to pasja

Pracujemy po to, by żyć… O tym prostym powiedzeniu ciężko nam pamiętać, kiedy to właśnie praca jest naszą ogromną pasją, kiedy to właśnie ona napędza nas do działania, staje się misją do wypełnienia. Ciągłe dążenie do doskonałości, podnoszenie sobie poprzeczki i zdobywanie wiedzy niedostępnej i niedanej każdemu – to przepis na sukces. Sukces, który wciąga bez końca…
 
Gdy trzydzieści lat temu zdobył patent żeglarza, nie sądził, że przyjdzie mu tak długo czekać na rejs przez wielkie „R”. Doktor Tomasz Śmigiel, współwłaściciel nowoczesnej kliniki stomatologicznej Śmigiel Implant Master Clinic, po dwudziestu latach pracy zawodowej, jak sam mówi, znalazł przyzwolenie na to, by zrobić coś dla siebie. I tak się stało – dr Tomasz Śmigiel zastąpił tygodniowe, rekreacyjne wypady żeglarskie w Europie, miesięczną przeprawą przez Ocean Atlantycki. Wszystko po to, by spełnić marzenie, oddać się swojej pasji (tej drugiej :-)) i zajrzeć w głąb siebie.
 

- Urlopy tygodniowe, dwutygodniowe dają nam kontakt z rodziną, z dziećmi, ale nie zawsze dają nam kontakt ze sobą – mówi dr Tomasz Śmigiel.

 
 
Cała przygoda, trwająca blisko miesiąc, rozpoczęła się 17 kwietnia 2017 roku na niewielkiej wyspie o nazwie Tortola należącej do archipelagu Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Dzień później z leżącej na zachodnim brzegu Zatoki Trellis, wypłynęli na dobre, by kilka dni później, ze względu na wszechobecne anomalia pogodowe, obrać kurs na Europę. Czy bez znaczenia był fakt, że Władysław Wagner, pierwszy polski żeglarz, który opłynął kulę ziemską, osiedlił się na tej wyspie na wiele, wiele lat? Doktor Tomasz Śmigiel dał porwać się naturze wraz z czwórką innych pasjonatów żeglarstwa: Sławkiem, prężnym finansistą, który traktuje żeglarstwo jak swoje hobby, Markiem, podróżnikiem, pisującym do magazynu Traveler, Pawłem Jasicą, młodym, rewelacyjnym skipperem, który od 10 lat żegluje i w zasadzie mieszka na łodzi i Markiem Adwentem, fenomenalnym implantologiem współpracującym na stałe z kliniką Śmigiel Implant Master Clinic. Neptun w zasadzie od początku żeglugi groźnie mruczał, nie dając załodze chwili na wytchnienie. Tropikalny klimat ustąpił już po kilku dniach i jego miejsce zajęły przenikliwe zimno, silny wiatr, uciążliwy deszcz i bryzgająca zewsząd słona woda. Choć były też i małe chwile radości, jak na przykład sukcesy wędkarskie - na pokładzie, a później na talerzu, pojawiła się niezwykle egzotyczna, zielono-niebieska ryba Mahi-Mahi. Mimo że nie wszyscy się znali, nie przeszkadzało to, by załoga stworzyła zgrany i sprawny team, który dokładnie wie, co robi. Dwugodzinne, samotne wachty na pokładzie zalewanym raz po raz lodowatą wodą, pełen rynsztunek i pasy, które nie pozwolą odpłynąć, kiedy znajdziemy się za burtą – niech Was nie zawiodą zmysły, to nie był rejs rekreacyjny. Wymagający czas na łodzi mimo wszystko przyniósł pewien stan relaksu, pozwolił odczuć potężną ulgę z oderwania się od wszystkich źródeł komunikacji i doświadczyć czegoś niezwykłego.
 

- Potrzebowałem ponad 20 dni, aby przełączyć się na inny poziom myślenia o tym, co jest wokół mnie, gdzie jestem, co robię. Dopiero wtedy nastąpił taki wielki reset, który myślę będę jeszcze długo odczuwał – wspomina dr Tomasz Śmigiel.

 
Naturze nie jest do twarzy z monotonnością, więc mało przyjemna, ale jednak dość stabilna aura nie trwała zbyt długo i Neptun pokazał swą siłę. Przyszedł pod postacią kobiety o imieniu Arlena, która wzburzyła morskie wody i sprawdziła wytrzymałość łodzi i fach żeglarzy na dziesięciometrowych falach. Słynne „10 w skali Beauforta” śpiewane na żeglarskich szantach okazało się za małe – wysokość fal i siła wiatru wskazały 11 na skali. Potężny hałas i huk fal rozbijających się o kadłub stwarzał poważne zagrożenie uszkodzenia łodzi i skutecznie uniemożliwiał załodze poruszanie się. Zrobiło się nadzwyczaj poważnie, przyszedł czas na koncentrację, skupienie i połączenie sił. To chwile, kiedy człowiek może sobie uzmysłowić, jak kruche jest wszystko, co posiada i jak zależny jest od Matki Natury, która organizuje przecież cały jego świat. Arlena, nie zabierając ze sobą żadnych trofeów, odeszła po trzech dniach. Ogromna determinacja i współpraca załogi pozwoliła na ocalanie życia, choć siła żywiołu pozostawiła ślad na pokrzywionych elementach wyposażenia łodzi czy urwanych mocowaniach RIB-a stojącego na rufie katamaranu. Od majestatycznych Azorów żeglarzy dzieliło już teraz tylko kilkaset mil morskich. Wpływając na azorskie wody, deszczowy klimat przeplatał się z przebłyskami słońca, co pozwoliło na obserwację tęcz w liczbie nieosiągalnej z poziomu lądu. Oko cieszyły również delfiny czy majestatyczne wieloryby. Azory dały załodze odetchnąć, dostarczyć podniebieniom nowych smaków, a krwi spokojnego nurtu. Zgodnie ze zwyczajem żeglarze pozostawili w marinie znak swej obecności – barwny rysunek będący logiem łodzi, wraz z jej nazwą i załogą – tysiące podobnych zdobi nabrzeże portowe i jak wierzą wszyscy ludzie morza, przynosi szczęście na otwartych wodach. Po sześciu dniach odpoczynku i naprawie łodzi na Azorach przed załogą pozostał ostatni etap rejsu – dotrzeć do Gibraltaru. I tak po kilku dniach spokojnej żeglugi załoga mogła cieszyć się widokiem lądu – z jednej strony afrykańskich gór Atlas, z drugiej dumnie wyprężonej Skały Gibraltarskiej. Po zacumowaniu katamaranu na europejskich gruntach można było ogłosić sukces. Transatlantycki rejs stał się faktem, przestał być marzeniem.
 

- Warto robić coś dla siebie i nie zapominać o swoich pasjach – dr Tomasz Śmigiel. – mówi dr Tomasz Śmigiel.